na ławce1

Pamiętam, kiedy wyszłam za mąż, wszyscy powtarzali, że mamy się cieszyć i korzystać z życia póki nie mamy dzieci. Kiedy zaszłam w ciążę, dyskusja wkroczyła na wyższy poziom wtajemniczenia – zobaczysz, jak tylko urodzisz, wszystko się zmieni, wszystko będzie inaczej. Świat kobiety zmienia się po urodzeniu dziecka, dziecko dla kobiety staje się centrum wszystkiego. Brzmiało mi to nieco dziwnie i niedorzecznie, nie rozumiałam dlaczego wraz z narodzinami dziecka nadchodzi wywrócenie życia do góry nogami. I wiecie co, nadal nie rozumiem, gdyż jeszcze mnie to nie spotkało i mam podejrzenie, że nie jestem w grupie ryzyka.

Pojawienie się dziecka, to nowe obowiązki, nowe troski i nowe radości. Trochę modyfikujemy tryb życia, trochę przeorganizowujemy plan dnia, trochę się trzeba przyzwyczaić, ale trzon życia jest bez zmian (przynajmniej u mnie był i jest). Nadal mam mojego męża, nadal dbam o naszą relację i nic się nie zmieniło w tym zakresie ani na sekundę. Kiedy pojawił się w naszym życiu nasz kochany mały człowiek, miał swoje łóżko, na karmienie wstawałam, karmiłam i wracałam spać (bez dziecka). Kiedy mały człowiek płakał, nie dostawaliśmy zbiorowej histerii. Nie mieliśmy także przeświadczenia, że to matka zajmuje się dzieckiem, a tata lepiej żeby nie podchodził, bo jeszcze coś zrobi źle. Dziecko od początku było nasze, nie moje. Dlatego też ani przez moment mój mąż nie spadł na drugi plan i nie wyobrażam sobie, że mogłabym doprowadzić do takiej sytuacji (tak samo jak nie rozumiem części mężczyzn, którzy po czasie odsuwają swoją żonę na drugi plan, bo wygrywa hobby, piwo,telewizor, czy z rzeczy bardziej trendy w ostatnich czasach – np. crossfit :)) Chociaż właściwie, to chyba jest powiązane – jeśli odsuwam męża dzisiaj, bo urodziło się dziecko i oszalałam na jego punkcie, maż/partner musi na nowo zagospodarować sobie swoją życiową przestrzeń. I zwykle tworzy ją bez nas, bo my zagospodarowałyśmy się same gdzieś indziej.

Pojawienie się dziecka jest ważne i wyjątkowe, ale dlaczego w ślad za nim część z nas rezygnuje z siebie? Dlaczego poświęcamy tak wiele rzeczy? Dlaczego burzymy, to, co dla nas ważne? Nie powinnyśmy w 100% poświęcać się dziecku, bo w rodzicielstwie nie o poświęcenie chodzi. W byciu mamą chodzi o to, aby wychować szczęśliwego człowieka, a nasze poświęcenie siebie mu w tym nie pomoże. Dziecko nie potrzebuje matki udręczonej, umęczonej. Dziecko potrzebuje mamy spełnionej, uśmiechniętej. Dziecko uczy się od nas życia – czy chcemy, aby nauczyło się, że jego sensem jest poświęcenie, rezygnacja z siebie, swoich pasji? A może raczej chcemy, aby widziało, że życie to miejsce, w którym każdy może być szczęśliwy żyjąc razem z innymi, kochając ich, dzieląc troski i radości? Nie akceptuję sytuacji, w których matka mówi do swoich dzieci (tych już trochę starszych i tych dorosłych): zobacz ile dla Ciebie poświęciłam albo ja tyle dla Ciebie poświęciłam, a Ty tak mi się odwdzięczasz. Nie rozumiem jak można tak powiedzieć swojemu dziecku i obarczać je odpowiedzialnością za nasze własne wybory. Nasze dziecko nie chce poświęcenia i na pewno nie będzie czuło się komfortowo kiedy będzie żyło z poczuciem konieczności odwdzięczenia się nam za nasze trudy wychowania.

Kochajmy nasze dzieci, ale kochajmy też siebie i swoich partnerów. Szanujmy nasze rodzinne relacje, nasze bycie razem i nasze bycie dla samych siebie. Miejmy swoje pasje i zarażajmy nimi nasze dzieci. Miejmy czas tylko dla naszych dzieci, rozwijamy ich zainteresowania i poświęcajmy im uwagę, ale miejmy także czas tylko dla nas, dla naszych przyjaciół, na wspólne wyjścia ‚na miasto’. Dobra matka, to nie matka, która zawsze jest z dzieckiem, bo ono także potrzebuje przestrzeni na budowanie swojego JA. Dobra matka, to nie ta, która nie odstępuje dziecka i która pozostawiła swoje życie za sobą. Dobra matka, to matka kochająca i szczęśliwa.

Czasem, kiedy obserwuję świat wokół mnie, mam wrażenie, że w codziennym zabieganiu zatracamy to, co ważne. Dlatego też proszę Was, nie bądźmy umęczone i udręczone, bądźmy spełnione.

Reklamy